Piątek, 18.07.2025
Justyna Segiec zapisała się w pamięci jako osoba o niezwykle charakterystycznym, zachrypniętym głosie – nazywana była zresztą „śląską Janis Joplin” – i jeszcze bardziej charakterystycznej osobowości. Jej droga nie była łatwa. Przez lata zmagała się z uzależnieniem od narkotyków, chorobami i doświadczeniem życia na marginesie. Przełom przyszedł podczas rekolekcji w Wiśle, kiedy – jak sama opowiadała – doświadczyła spotkania z żywym Bogiem i postanowiła poświęcić swoje życie i muzykę Jezusowi.
„Zobaczyła Światło, i zdecydowała się o tym Świetle śpiewać. Nie wiedziała, czym jest scena muzyki chrześcijańskiej, nie myślała w takich kategoriach. 'Doświadczyłam czegoś, o czym nie mogę nie mówić' - podkreślała. Najważniejsza rzecz, to był wybór Jezusa i ta decyzja - będę o Nim i dla Niego śpiewać” – tak Justynę Segiec wspominał dziś na antenie Radia Jasna Góra Marcin Jakimowicz, redaktor Gościa Niedzielnego, który znał Justynę jeszcze z dzieciństwa.
„Jej piosenki trafiały pod strzechy, śpiewane były na oazach, przy ogniskach - mówił gość Dariusza Ciszewskiego w Rozmowie dnia - Chciałbym, żebyśmy zapamiętali Jej głośny, perlisty śmiech. Ona nie narzekała” – podkreślał Jakimowicz, przywołując także postać zmarłej wczoraj artystki Joanny Kołaczkowskiej:
Artykuł Marcina Jakimowicza w Gościu Niedzielnym - www.gosc.pl/Sega-odleciala
fot.: archiwum prywatne Marcina Jakimowicza
Autor: DR











